Płakałam. Tak głośno, że burmistrz kazał zamknąć mnie na dwie kłódki. Cóż, naprawdę źle się czułam i nie mogłam tego nazwać. To było coś większego niż smutek. W końcu udało mi się usnąć, jednakże po kilku minutach obudził mnie hałas. Drzwi otwarły się i zauważyłam jakiegoś młodego mężczyznę. Podszedł do mnie i na mojej szyi zapiął coś podobnego do psiej kolczatki. Pomyślałam, że nie ma sensu się szarpać i próbować uciec. Straciłam chęć do życia i do walki o wolność. Wyprowadził mnie z pokoju.
***
Szliśmy korytarzem, a ściany pokryte były szczerym złotym kolorem. Tu i ówdzie wisiały na nich obrazy, przedstawiające różne sceny codziennego życia oraz autoportrety. Weszliśmy do ogromnej sali, gdzie ułożone były dwa stoły, pokryte falbankowym obrusem.
- Goście zaraz się zejdą. Porozmawiam z naukowcami o twojej przyszłości - odezwał się głos za mną. Obok mnie przeszedł gruby burmistrz, uśmiechając się chytrze.- Widzę, że płakałaś. Nie masz o co, lepiej dla nas wszystkich, że on zginął.
Z moich oczu ponownie popłynęły łzy. Mężczyzna, który mnie prowadził, przywiązał do mojej "obroży" łańcuch i zawiesił o haczyk w ścianie. Usiadłam no podłodze, ciągle płacząc. Słyszałam jak do sali wchodzą ludzie, w pięknych i barwnych strojach. Gdy sala się napełniła,wszyscy zaczęli głośno rozmawiać i śmiać się. Podniosłam lekko głowę i jakiś dzieciak, rzucił we mnie ciastem. Zaczął się głośno śsmiać i od razu pobiegł opowiedzieć o wszystkim mamie. Ta zaczęła bić mu brawo. Starłam lepki krem z mojej twarzy. Oczywiście. Byłam tylko zwykłą lalką, którą można pomiatać.
<Len, pomóż! >
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz