- Jestem Len Kagamine - przedstawiłem się.
- Mów mi Alfred - powiedział mężczyzna bez ręki. - A to moja córeczka Zoe.
- Mi mów Jodie - przedstawiła się mężczyzna. - Jednak moje kości nie pozwolą brać udziału w akcji... Zaopiekuję się twoją dziewczyną dopóki nie wydobrzeje.
Dziewczyną? - powtórzyłem w myśli.
- Muszę, ci powiedzieć, chłopie, niezłą dziewczynę sobie upatrzyłeś - potwierdził słowa staruszki Alfred.
Może rzeczywiście coś do niej czułem? W końcu byłem gotów oddać za nią życie...
Laboratorium było dużym szarym budynkiem z okratowanymi oknami. Długo dyskutowaliśmy jak ominąć - co prawda nieliczne - straże. W końcu podjęliśmy decyzję, że ja przecisnę się przez wentylację, a Alfred zrobi zamieszanie przy wejściu dzięki czemu będę mógł działać. Długo się nie zgadzałem ale było to jedyne wyjście z szansą na powodzenie.
Przeskoczyłem przez mur nie robiąc hałasu. Podbiegłem do ściany i wyjąłem kratkę do wentylacji. Gdy wchodziłem uslyszałem głos Alfreda i krzyki strażników.
Zatrzymałem się nad kolejną białą salą w laboratorium. Szybko rozejrzałem się. Nie dostrzegłem żadnego naukowca. Po chwili zauważyłem w fotelu Amayę! kratka upadła z hałasem, a ja zeskoczyłem obok niej. Szybko podbiegłem do dziewczyny. Miała całkowicie nieobecny wzrok. Powtórzyłem kilka razy jej imię, jednak nic to nie dało. Miałem jedynie nadzieję, że szybko z tego wyjdzie. Wziąłem ją na plecy. I podszedłem do drzwi. O dziwo nikt tam nie stał. Dopiero przy następnych drzwiach zobaczyłem 2 gości w białych fartuchach. Zmierzyliśmy się nawzajem spojrzeniami. Szybko skręciłem w prawo. Gdy przy następnym rozwidleniu kolejni "naukowcy" stali, skręciłem w lewo. Wybrałem dobrą drogę. Po chwili ukazało mi się wyjście. Wybiegłem z budynku jak szalony. Krzyknąłem na Alfreda, ten skinął głową. Jedynie na policzku miał sińca. Wyjdzie z tego.
Gdy Jodie nas zauważyła przeraziła się na widok Alfreda.
- To tylko siniak - uspokoił ją. - Zajmij się dziewczyną.
Położyłem kotkę na stosie starych ubrań. Wciąż miała nieobecny wzrok. Zmartwiłem się tym nieco.
- Poszło łatwo - poinformowałem Jodie.
Oparłem się o mur i zacząłem głęboko oddychać by uspokoić serce po szaleńczym biegu.
- Nic jej nie jest? - spytałem kobietę po chwili nieznośnej ciszy.
- Dali jej chyba tylko leki na uspokojenie. Rany zostały starannie zabandażowane. Tylko czy mięsień się zregeneruje?
Pochyliłem się nad Amayą i pogładziłem jej włosy. Zupełnie nie wiem dlaczego z moich oczu popłynęły łzy, które spadły na jej twarz.
<Amaya? Jaka akcja :3>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz