- Drogi ludu - zaczął uroczyście. - Nie jest wam zapewne obce stwierdzenie, że wśród nas żyją odmieńcy. Potrafią oni zmienić się w wybrane zwierzę. Niektóre bardzo miłe i słodkie - wskazał na Amayę. - Inne zaś z kolei w brutalne, niebezpieczne bestie - wskazał na mnie. Teraz w pewnym sensie zmuszono mnie o przybrania wilczej formy. Oczywiście prawie od razu znów byłem człowiekiem. - Omamili nas i mówią, że możemy być przyjaciółmi. Nie ma większej bujdy! To zło wcielone. I dzięki tej egzekucji chciałbym pokazać co się stanie gdy taki ktoś wpadnie w nasze łapska. Chodzi mi o to by dobrowolnie zaczęli się oddawać w nasze ręce, a w tedy nie zostaną zabici. Ci natomiast dopuścili się haniebnych czynów za, które zostaną zabici.
Teraz zarządca podszedł do mnie i uniósł mi podbródek patrząc mi prosto w oczy.
- Jej jak na razie nie zabijemy - stwierdził. - Wydaje się być cennym okazem, który musimy zbadać. Ty natomiast jesteś zwykłym, nic nie wartym wilkiem, który niedługo zniknie z tego świata.
Burmistrz odsunął się. Na jego miejscu pojawił się człowiek z zamaskowaną twarzą. Spojrzał na mnie, po czym założył mi na głowę sznur. Czyli tak chcięli się mnie pozbyć; nie za pomocą gilotyny. Spod maski zobaczyłem jedynie znajome spojrzenie. Wiem, że już gdzieś je widziałem, ale nie mogłem odgadnąć gdzie. Mrugnął do mnie! Czy to może być moja szansa? Jednak chyba nie. Zaczęli mnie unosić, a ja się dusiłem. Traciłem grunt, miejsce oparcia. Brakowało mi tchu... Dusiłem się. Ostatnim co widziałem było przerażenie Amayi. Później świat mi się zamazał.
***
Obudziły mnie zimne krople padające na moją twarz. Powoli otworzyłem oczy. Byłem cały w błocie. Rozejrzałem się wokół. Najpierw zauważyłem Sterty śmieci, które walały się wokół. Tak to było wysypisko. Później sprawdziłem na czym siedzę... Szybko się zerwałem i próbowałem cofnąć. Pode mną piętrzył się stos trupów. Byli to tacy jak ja; niektórzy nie mieli głowy (ci którzy spotkali się z gilotyną), a twarze innych przyozdabiały okropne grymasy (to byli ci, którzy tak jak ja skończyli na sznurach). Martwe dziwolągi kończyły na wysypisku.
Czyli jednak żyję... Ale jak?! Czemu to przeżyłem? W każdym razie... Teraz Amaya myśli, iż jestem martwy. Mogę to w jakiś sposób wykorzystać? Mogę. Przez jakiś czas mogę nie zdradzać Amayi mojej twarzy; nie będzie wiedziała o moim istnieniu, a to może się przydać. Tak plan był prosty: jak najdłużej udawać kogo innego dla bezpieczeństwa. Jednocześnie wiedziałem, że kotce, to się nie spodoba. Ale mogła to być jedyna szansa na ratunek Amayi.
<Amaya? Prawie zginąłem ;P>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz