Mimo iż byliśmy bezpieczni poczułam, że Len zaczyna zwalniać. Jego oczy stały się dziwnie nieprzytomne i tylko chwila a by się przewrócił. Uderzył w drzewo i upuścił mnie. Zrobiłam obrót w powietrzu i wbiłam pazury w pień drzewa. Podeszłam powoli do wilka.
- Len? Len dasz radę jeszcze pobiec? - spytałam dotykając go lekko miękką łapką.
On się nie odezwał. Wtedy zobaczyłam co tak na prawdę sparaliżowało mego towarzysza. Z klatki piersiowej płynęła mu krew, myślałam wcześniej że zdążył umknąć przed strzałem.
- Uratowałeś... Mnie. - szepnęłam i zamieniłam się w dziewczynę.
Przyłożyłam jego pysk do policzka i przytuliłam. Miałam wielką nadzieję, że jeszcze żyje, a niżeli okazałoby się to prawdą, muszę mu pomóc. Udało mi się zaciągnąć go do brzegu rzeki. Na szczęście w porę, bo zamienił się on w człowieka. Miałabym spory problem z udźwignięciem go. Udało mi się wyjąć pocisk, który (na szczęście) chybił najważniejszy organ - serce. Nie miałam czym zatamować krwotok, więc pomyślałam że nogawki spodni nie będą mi potrzebne. Rozdarłam je na wysokości ud i ucisnęłam ranę. Teraz trzeba było tylko czekać. Tutaj byliśmy bezpieczni, bo co jakiś czas przechodziły niedaleko płochliwe sarny, które uciekają z dala od człowieka.
Gdy minął trzeci dzień zaczęłam się martwić o Lena. Nie mogłam spać w nocy, cały czas przy nim siedziałam. Naszedł mnie pomysł by porozumieć się z nim. Przez umysł. Wykonanie wydawało się proste, ale już technika nie. Starałam się oczyścić umysł, zebrać myśli w kupę i skupić się. Lecz co zrobić bym mogła do jego umysłu wtargnąć. Położyłam rękę na jego czole. Nie działało, gdy nagle poczułam jakby więź. Znalazłam się gdzie indziej. Czy to jego wspomnienia? Widziałam małego chłopca, siedzącego na łóżku, wyglądał na przygnębionego. Pokój był w odcieniach czerni a na górze znajdowało się małe okienko. Nagle wszystko się załamało i nic już nie widziałam.
- Ach.. - jęknęłam, po tym jak poczułam niesamowity ból głowy. - Co się dzieje...
Znalazłam się w laboratorium. Widziałam na stole dziwne przyrządy, strzykawki, skalpele i ogromne nożyce. Na stole leżał też szary kot, pod narkozą. W jego oku stała wbita igła z jakimś różowym płynem
- Hej... co ty...tu ro...bisz - usłyszałam ciche wrzaski.
A teraz to kompletna ciemność. Słyszałam tylko dzieci bawiące się i śmiejące. I cisza. Zawsze muszę coś zepsuć, a w tym momencie popsułam swój umysł i zemdlałam. No brawo.
< Len?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz