Wyglądało na to iż dwa psy rasy doberman złapały nasz ślad. Przestraszyłam się dwóch rzeczy. Tych potworów, które czekają żebym zeszła na dół, a w tedy rozszarpią mnie na kawałki i samotności. To drugie było bardziej realne do spełnienia.
- Nie możesz iść.. - szepnęłam, a z moich oczu popłynęły łzy.- Musimy trzymać się razem... Jesteśmy jednym organizmem... Bez nas żaden półczłowiek nie może przetrwać. Proszę...
- Amaya... - zaczął, ale nie mógł dokończyć bo mu przerwałam.
- Wiesz dlaczego jeszcze żyję? I wiesz dlaczego ty żyjesz? - spytałam z wyrzutem i wstałam. Podeszłam do niego.- Bo mamy nadzieję. Każdy podobny do mnie i ciebie ma to. Mówisz o śmierci? Równie dobrze możemy się powiesić, skoczyć z dachu lub strzelić sobie w łeb, i to w każdej chwili. Ale trzyma nas ciągle przy życiu nadzieja. Więc należy ją pielęgnować, bo to co najlepsze mamy przed sobą. Jeżeli ją stracimy, to stracimy również serce i wolę walki.
Zauważyłam że te słowa zrobiły na nim wrażenie. Nagle usłyszeliśmy trzask drewna. Jeden z psów wspiął się na deskę i teraz zawisł między nami a podłogą. Drugi skakał w koło wyczekując aż starszy i doświadczony czworonóg, rzuci mu zdobycz. Usłyszeliśmy wystrzał z pistoletu. Potem słychać było kroki i do budynku wszedł człowiek.
- Widzę że moi przyjaciele się tu gdzieś schowali. - zaśmiał się.- Wyłaźcie paskudy bym mógł powiesić wasze głowy na kominku.
< Len?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz