- Nie rób tego - usłyszałem cichy głos. Nie mogłem się odwrócić by zobaczyć kto to.
Teraz zrozumiałem - to są czyjeś wspomnienia.
Przed moimi (lub nie moimi) oczami pojawił się człowiek ze szaleńczym uśmiechem na twarzy. W ręce trzymał wielką strzykawkę.
***
Szybko się podniosłem i zacząłem głęboko oddychać. Po chwili żałowałem moich gwałtownych ruchów gdyż poczułem ostry ból. Chwyciłem się za klatkę piersiową i położyłem na ściółce.
Po mojej prawej płynęła rzeczka wesoło chlupocząc. Po lewej leżała Amaya, która właśnie się budziła. Spojrzała na mnie tępo.
- Len, ty żyjesz...?
Uśmiechnąłem się.
- Tak - odparłem. - Nie spieszy mi się na tamten świat.
- Dzięki Bogu, tak się martwiłam. Jak się czujesz?
- Żyję, i to mi wystarcza - odparłem spoglądając w niebo, które po woli stawało się granatowe. Powoli wstałem.
- Powinieneś leżeć - powiedziała ostrym tonem dziewczyna.
- Nie tutaj. Jest tutaj co prawda ustronnie, ale zimno. Chodź ze mną; w pobliżu jest mała opuszczona chatka.
- Mieszkasz tam?
- Nie, jednak bywam w niej dosyć często. Ale częściej jestem w mieście.
Powoli ruszyliśmy.
- Jak to robisz, że ludzie cię nie rozpoznają? - zaczęła Amaya. - No bo mówisz, że częściej jesteś w mieście, więc musisz jakoś maskować tę moc.
- W sumie - stwierdziłem. - Nawet nie wiem dlaczego, ale w większości ludzie po prostu mnie nie widzą. Nie wiem dlaczego, a jak widzą - nie zwracają uwagi.
Wzruszyłem ramionami.
- Jesteśmy - powiedziałem po chwili wskazując doskonale zamaskowaną chatkę.
<Amaya? jakoś takoś coś wyszło>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz